govindablog |
||||
|
2011-08-26 11:34:51 ...i kolejny rok później
i minął kolejny rok w govindowym eterze... skomentuj (0) 2010-08-09 20:19:43 po 3 latach... ... trudno jest ot tak coś napisać. żeby w ogóle zacząć, może po prostu pozdrowię z wakacji w Zakopcu (teraz nie mam już 3 miesięcy wolnego, tylko zaplanowany urlop pracowniczy jako etatowy pracownik, absolwent, czyli już nie student...) z szanownym małżonkiem (od 2 lat jestem szczęśliwą żoną swojego męża, czyli ostatnio Paskudnego Narzeczonego). po wywczasie wrócimy do naszego domku, który mieści się w tzw. mieszkanuszku (jako prawowici małżonkowie posiadamy status samodzielnej rodziny i szczęściwie zamieszkujemy niezależny lokal). i to może na tyle z aktualności:) skomentuj (0) 2007-09-01 10:56:08 wrześniowa tajemnica od czwartku żyję jak w transie! jakbym była pijana szczęściem, nie mogę przestać się usmiechać, mam jakieś niezdrowe rumieńce, nie mogę spać z wrażenia i inne takie tam:) cierpię też męki tantala, bo postanowiliśmy z Paskudnym Narzeczonym zaczekać z ogłoszeniem radosnej nowiny do początku października. wtedy bowiem z rejsu wróci jego tata, a chcielibyśmy, aby wszyscy rodzice dowiedzieli się w tym samym momencie. znajomym też powiemy dopiero wtedy, bo z kolei jako pierwszym nowinę chcemy zakomunikować rodzicom. tak więc na razie to wielka tajemnica! strasznie ciężko jest nie móc podzielić się szczęściem, tym bardziej, że wiadomość ucieszyłaby pozostałych niemal na równi z nami. rodzina patrzy na mnie podejrzliwie, żem taka radosna, rozśpiewana i w ogóle do rany przyłóż. myślą, że to dlatego, iż otrzymałam wiadomość, że przyjęto mnie na seminarium magisterskie, na którym bardzo mi zależało. mama ma chyba 7 zmysł, bo zapytała w końcu: "czy on ci się przypadkiem nie oświadczył?" na co otrzymała w odpowiedzi uśmiech mony lisy i usłyszała: "nie wydarzyło się nic takiego, o czym mogłabym ci opowiedzieć." nawet nie skłamałam;) potajemnie wyciągam z pudełeczka błyskotkę i zakładam na palec. wtedy na zewnątrz się uśmiecham, a w środku krzyczę "jestem taaaaka szczęśliwa!" skomentuj (0) 2007-08-31 12:53:12 30 sierpnia 2007 r. spotkali się na teatralce - jak 2 lata temu, dokładnie w tym samym miejscu. gdy Ona przyszła, On już czekał. pocałowali się tak, jak robią to zakochani po kilku dniach rozłąki, mając w pamięci ostatni wspólnie spędzony upojny wieczór i noc. gdy oboje wyrazili przez pocałunek, jak bardzo do siebie tęsknili, On wyciągnął zza pleców mały bukiecik czerwonych różyczek. Ona uśmiechnęła się i poszli przed siebie. wiedziała, że w planach jest spacer, może nawet piknik, jeśli tylko pogoda na to pozwoli. na razie po niebie sunęły chmury, spoza których raz po raz wyglądało siepniowe słońce, chyląc się ku zachodowi. powędrowali w stronę malty, gdzie przed dwoma laty odbyła sie jedna z Ich pierwszych randek. na Jej pytanie, czy trzeba wstąpić do sklepu, by kupić coś do jedzenia, On odpowiedział tajemniczym uśmiechem. zajęci rozmową nie zauważyli, że przebyli już niemal całą drogę. gdy dotarli na miejsce - pagórek, z którego rozpościerał się widok na jezioro, promenadę i panorama reszty miasta - usadowili się na trawie. a więc jednak piknik! Ona stanęła z boku, przyglądając się, jak On rozkłada "obozowisko", na które składała się karimata i mały obrusik. zdziwiona zauważyła, że z plecaka wygląda butelka bardzo dobrego czerwonego wina. znalazło się także coś do zjedzenia - same ulubione przez Nią przysmaki. wznieśli toast w wielkich kieliszkach. powoli zapadał zmierzch, promenadę rozświetliły złote latarnie, w tle migotały światła miasta. po alejkach wciąż spacerowali ludzie, lecz malta powoli pustoszała. w pewnym momencie zauważyli, że zostali już sami. mimo, iż prowadzili zwykłą rozmowę, w powietrzu czuć było atmosferę wyjątkowości. "taka piękna niespodzianka" - powiedziała Ona. "mam jeszcze jedną niespodziankę" - odparł On. kazał zamknąć jej oczy. gdy je ponownie otwarła, zobaczyła świeczki, schowane za barykadą z krakersów, by nie zdmuchnął ich wiatr. wtedy On usiadł blisko Niej i zaczął mówić. opowiadał o tym, co znaczą dla Niego te dwa ostatnie wspólne lata. nigdy wcześniej tego nie robił; nie należy do osób, które lubią ubierać w słowa to, co czują. tym razem mówił o tym otwarcie, z lekkim uśmiechem na ustach, niby swobodnie, choć cały drżał. Ona objęła Go i poruszona słuchała dalej, trwając w uścisku. nie przerywała Jego słów, po policzkach spływały jej tylko raz po raz łzy. czuła gorącą falę, która wzbierała w środku. usłyszała, że dzięki Niej On czuje się lepszym człowiekiem, że Ona motywuje Go, by takim był. że nigdy nie przypuszczał, że spotka w życiu kobietę, taką jak Ona. że przy Niej czuje się spełniony. że Ona daje mu zastrzyk energii i poczucie, że wszystko może. że chwile przeżyte bez Niej się nie liczą, a widoki, których nie może podziwiać nie istnieją. że marzy tylko o tym, by Ona była szczęśliwa, bo to uszczęśliwia i Jego. że gdy nie ma Jej blisko, On tęskni i myśli o Niej. że noce i poranki bez Niej są bez sensu. tych wyznań było tak wiele, że Ona nie spamiętała wszystkiego, w głowie huczało Jej od miłości. gdy On rzekł, że uwielbia zasypiać i budzić się przy Niej, odparła, że chciałaby, aby tak było zawsze. wtedy On zapytał: "wyjdziesz za mnie?" to było najpiękniejsze wyznanie miłosne, jakie usłyszała. co mogła odrzec? potem nawzajem niemal przekrzykiwali się, roztaczając wizje wspólnych lat, które przed Nimi. opowiadali o swoim małym mieszkanku, które z pewnością kiedyś będą mieć, o tym, że koniecznie w łazience musi być wanna, o gotowaniu, prasowaniu i nierozłącznych nocach. Ona podziwiała "błyskotkę" na swym palcu, którą uważa za najpiękniejszy pierścionek zaręczynowy na świecie. ze śmiechem wypowiadali słowa "Narzeczony", "Narzeczona" i stwierdzili, że będą musieli się do nich przyzwyczaić. podjęli też pierwszą wspólną narzeczeńską decyzję. reszta wieczoru upłynęła na pocałunkach, wzajemnym ogrzewaniu się i nieskończonej radości. żeglarska pogoda tylko dodała charakteru tej uroczystości. oboje stwierdzili, że to był taki ich wieczór, spędzony w sposób, jaki lubią najbardziej. w tle słychać było "wish you were here" pink floyd'ów. zaręczyliśmy się:) skomentuj (0) 2007-08-29 22:07:37 pytania jeszcze bez odpowiedzi jutro jutro wiele może się zmienić, może też nie zmienić się nic. boję się prób odgadnięcia jutrzejszych wydarzeń, choć wciąż to robię. co on zrobi? co on myśli? czy wie, jak ja czuję? czy rozumie? dlaczego tyle pytań... planuje jutrzejszą rocznicę, to wiem na pewno, mówił mi. coś obmyślił. tylko czy to będzie taka zwyczajna rocznica? a może początek czegoś nowego? czy jeśli wydarzenia potoczą się inaczej niż sobie wymarzyłam, czy będę potrafiła nie mieć o to żalu? czy będę umiała ukryć rozczarowanie? nie wiem, nie wiem, nie wiem skomentuj (0) 2007-08-29 10:23:29 nowy sprzęt:) tak jak ptaszki ćwierkały od dość dawna, stało się! rodzina s. sprawiła sobie laptop (fachowo zwany notebookiem). było to tak wielkie przedsięwzięcie, że w celu uruchomienia nowego sprzętu sprowadzony został specjalnie spokrewniony z rodziną s. informatyk maciej s. jego wizyta była absolutną koniecznością, ponieważ przedmiotowa rodzina jest niepełnosprawna komputerowo. fachowiec przybył, laptop zainstalował, rodzinę poinstruował i... od dziś jesteśmy zdani tylko na siebie! póki co - nie ma paniki, uruchomiłam samodzielnie ów sprzęt, czego dowodem jest, że piszę właśnie do govindy. jestem pełna nadziei, że współpraca z laptopem będzie przebiegać harmonijnie, w atmosferze przyjaźni i wzajemnego szacunku:) pozdrawiam macieja!:) skomentuj (0) 2007-08-18 10:08:48 lubię mówić z tobą Kiedy z serca płyną słowa Uderzają z wielką mocą Krążą blisko wśród nas ot tak Dając chętnym szczere złoto I dlatego lubię mówić z Tobą I dlatego lubię mówić z Tobą Każdy myśli to co myśli Myśli sobie moja głowa Może w końcu mi się uda Wypowiedzieć proste słowa I dlatego lubię mówić z Tobą I dlatego lubię mówić z Tobą by AKURAT skomentuj (0) 2007-08-18 10:01:06 learning to fly Into the distance, a ribbon of black Stretched to the point of no turning back A flight of fancy on a windswept field Standing alone my senses reeled A fatal attraction holding me fast, how Can I escape this irresistible grasp? Can't keep my eyes from the circling skies Tongue-tied and twisted Just an earth-bound misfit, I Ice is forming on the tips of my wings Unheeded warnings, I thought I thought of everything No navigator to guide my way home Unladened, empty and turned to stone A soul in tension that's learning to fly Condition grounded but determined to try Can't keep my eyes from the circling skies Tongue-tied and twisted just an earth-bound misfit, I Above the planet on a wing and a prayer, My grubby halo, a vapour trail in the empty air, Across the clouds I see my shadow fly Out of the corner of my watering eye A dream unthreatened by the morning light Could blow this soul right through the roof of the night There's no sensation to compare with this Suspended animation, A state of bliss Can't keep my eyes from the circling skies Tongue-tied and twisted just an earth-bound misfit, I by Pink Floyd skomentuj (0) 2007-08-18 09:35:58 cytata i znów powstałam o zwykłej porze, czyli o 8:50:) dziś mam dla govindy w prezencie krótki dialog, który przeczytałam ostatnio w gazecie i bardzo mi się spodobał. uwaga, cytuję: ON [z sypialni]: Zwierz! JA: Za chwilę. ON [słyszę, że układa pościel]: Zwierz! Do łóżka! JA: Już idę. Uciekłam na balkon. Przyszedł za mną i patrząc groźnie, warknął. ON: Do łóżka, ale już. Bez ciągnięcia za włosy? Tandeta. mim.blox.pl skomentuj (0) 2007-08-17 09:43:15 o spaniu wstałam dziś o 8:45. czy to wcześnie? a może poźno? wszystko zależy od tego, czy ktoś jest typem sowy, czy też jest rannym ptaszkiem.. zastanawiałam się wielokrotnie, jakim typem jestem ja. i tu pojawia się problem. z jednej strony nie lubię poźno chodzić spać, zarywać nocy. z drugiej: nie zrywam się potem bladym świtem i nie witam słońca, gdy wschodzi (no, chyba że czasem zimą, jak jestem przymuszona do tego zawodowym obowiązkiem). ja po prostu lubię spać:) i się wyspać:) a contrario: nie lubię być niewyspana, nie lubię mieć przetrąconej doby - co się często dzieje po imprezach (nie znaczy to, że nie chodzę na imprezy; nie lubię po prostu tego efektu ubocznego). reasumując: gdy mam wolny dzień, wstaję tak jak dziś, czyli między 8:30 a 9:00. nie jest to nazbyt wcześnie. rasowy skowronek oburzyłby się pewnie, że usiłuję mianować się choćby półskowronkiem, przecież nie wstaję o 7:00, ani nawet o 7:30, o zgrozo - o 8:00 smacznie jeszcze chrapię! mój Paskudnik wszelako uważa tę porę za iście zabójczą i gdy próbuję wywalić go z łóżka o tej godzinie - usilnie protestuje. on jest zdecydowanie typem sowy. bez problemu przychodzi mu zaleganie w pościeli do co najmniej 11:00, czasem nawet południe jest dobrą porą, aby rozprostować paskudne kości... dla mnie to nie do pomyślenia! gdybym budziła się w południe, czułabym się przespana - oto neologizm mojego autorstwa. słowo powstało, ponieważ istaniało na nie zapotrzebowanie. chciałam jakoś nazwać ten stan, w którym po przespaniu więcej niż 10 godzin czuję się.. jakby niewyspana (a to przecież niemożliwe, bo gdybym wstała po 9 godzinach, byłoby ok;) tak więc wniosek jest 1: jestem przespana. nadmiar snu też szkodzi, o dziwo.. dlatego na wakacjach wypracowujemy kompromis:), to jest wstajemy ok 10:00. co prawda od 9:00 ja przewracam się z boku na bok i zaczepiam biednego Paskudnika na różne sposoby, na co on odburkuje, że przecież ŚPI JESZCZE, z naciskiem na JESZCZE. no więc czym ja tak naprawdę jestem? gdybym już musiała się zdeklarować, chyba jednak wolałabym przystać do skowronków (to takie ładne ptaszki i jak śpiewają!) pracuje mi się lepiej też rano, nauka nocna zdecydowanie nie jest w moim guście. raz bodaj jedyny z powodu egzaminu poszłam spać o 1:30!;) ale zazwyczaj nawet widmo egzaminu nie jest w stanie powstrzymać mnie przed udaniem się na spoczynek przed godz. 24:00. weźmy jeszcze mojego kota, który zresztą pochrapuje u mego boku, a raczej u mych stóp. ten to ma spanie na zawołanie! przysypia co najmniej 75% życia (chyba i tak jestem dla niego zbyt pobłażliwa z tym spaniem, może to jest jednak 80%?) tak naprawdę, to nikt nie wie, co kocisko robi w nocy (bo że w dzień śpi cały czas, jest przecież oczywiste). mój tata usilnie podtrzymuje, że kotuś w tym czasie pilnuje domu. pozwolę nie zgodzić się z tą opinią, ile razy bowiem wracałam po nocy do domu, nasz puchaty pupil spał w najlepsze i nawet nie zauważył mojego wejścia. czasem trochę mu zazdroszczę tego nieograniczonego czasosnu...;) p.s. widzicie, wróciłam na govindowe łamy szybciej niż można się było tego spodziewać:) skomentuj (0) 2007-08-16 18:33:17 opowiedz mi o smaku chleba razowego z pastą awokado jakoś tak dziwnie mi odzywać się, czynię to z taką jakby nieśmiałością... (całkiem jak Anna Patrycy) wiem już! jest mi chyba wstyd, że nie pisałam tak dawno. wstyd mi zwłaszcza przed govindą, ona tu zawsze jest i wiernie czeka, aż dam jej jakąś pożywkę. niestety nie mogę obiecać, że teraz radykalnie zmieni się moja frekwencja na goivindowych łamach. (tłumaczę się, żenujące...) podejrzewam, że nawet najtwardsi z zatwaredziałych czytelników mojego bloga porzucili już wszelką nadzieję, że usłyszą ode mnie cokolwiek. przed nimi też jest mi wstyd. dość tego kajania. ja po prostu zawsze muszę się kajać, choćby nie wiem co! za każdym razem, czy to z powodu sukcesu, czy to z powodu porażki! to strasznie wkurzające, nie znoszę tej cechy u siebie. najbardziej w tych momentach, gdy zrobiłam coś dobrze, a nawet bardzo dobrze - ktoś mnie chwali, a ja od razu wypalam tekst w stylu: "to nic takiego, w sumie nie było to nawet takie trudne" itd. mimo, iż tak naprawdę, kosztowało mnie dużo pracy i ta pochwała jest w pełni zasłużona. ja chyba po prostu nie potrafię przyjąć komplementu. łatwiej jest uwierzyć, gdy ktoś nas krytykuje (dlaczego używam liczby mnogiej "nas"? przecież to maniactwo jest moją specjalnością;) tak więc jeszcze raz: łatwiej jest mi przyjąć krytykę. uważam taki stan za bardziej naturalny i, uwaga, zdecydowanie lepiej go znoszę niż pochwałę! to naprawdę chore, o czym piszę!uświadamiam to sobie coraz mocniej. nie znaczy to oczywiście, że pochwały nie sprawiają mi przyjemności, czerwienię się natychmiast i głupawy uśmiech wypływa na moje oblicze. rzecz w tym, że reaguję na nie nieprzeciętnie: zaczynam się tłumaczyć przed osobą, która mnie chwali, że tak naprawdę it's not a big deal. straszna głupota, straszna. to zupełnie niedzisiejsza postawa, tak mi się wydaje. w wyścigu szczurów byłabym pierwsza do odstrzału! a propos szczurzego wyścigu: jakoś nawet nie czuję, żebym była "w biegu". potencjalnie mogłabym być, ale szczęśliwie nikt nie dyszy mi na kark, a i ja tego bliźniemu nie czynię. bardzo się z tego powodu cieszę, bo obawiałam się, że to jest jak fala, która porywa każdego napotkanego, bez jego wiedzy. na zakończenie dzisiejszego spotkania (bardzo miłego, już prawie zapomniałam, jak to dobrze dzielić się z govindą swoimi przemyśleniami:) jak już wspomniałam powyżej, nie mogę ręczyć za częstsze wizyty tutaj, ale któż to wie, może znów zakosztuję govindy jak dawniej, jak za starych, dobrych czasów?:) /celowo nie streszczałam swojego życiorysu z ostatniego roku, bo liczę na to, że przy okazji następnych wizyt pewne sprawy na bieżąco wypłyną../ szczerze - myślę, że w końcu powrócę tu na dobre, mam bowiem dostać laptopa (ale ciii! to taka mała tajemnica;) i z nim z pewnością łatwiej będzie mi odwiedzać govindę. tymczasem pozdrawiam blogowy eter...! skomentuj (0) 2006-12-31 11:20:51 ...and a happy new year! żeby nie było - żyję! i na dodatek mam sie nieźle tak tylko na chwilę wskoczyłam, żeby zobaczyć, co się dzieje na govindowych włościach. jakże ucieszyło mnie, że panuje tu, jak zawsze, błogi spokój... govinda ma już 3 lata (z parodniowym hakiem). to szmat czasu, pomyślałam ostatnio. tyle się wydarzyło, zmieniło. ostatni rok uważam za udany, choć trudny. było trochę zawirowań i rozterek (już nawet nie wiem, czy govinda o tym wie?) tak, czy inaczej mam nadzieję wypływać na spokojne wody. tego właśnie życzyłabym sobie na nowy rok - spokoju i dystansu. pozdrawiam wszystkich przyjaciół govindy! to wspaniałe, że jesteście i trwacie:) skomentuj (1) 2006-11-10 13:36:14 fioletowo cóż... JESIEŃ na razie nie jest jeszcze taka zła, nawet słoneczko przygrzewa... dobry humor na razie mnie nie opuszcza, to chyba zasługa tańców:))) tak, zaczęły się wreszcie po letniej przerwie. rozpoczęłam też w ramach novum kurs jogi. bardzo mi się podoba, choć pierwsze zajęcia uświadomoły mi tylko jak niedoskonała jestem w tej dziedzinie. najlepiej skwitował to nasz nadworny tańczący jogin - daniel - który, przechadzając się między wygiętymi ciałami, przystanął obok mojego i rzekł zaskoczonym głosem: "nawet wyszło!" ucieszyła mnie niezmiernie i ubawiła ta niecodzienna pochwała:) doszłam do wniosku, że powinnam zostać ubezwłasnowolniona, przynajmniej częściowo. jeszcze nie tak dawno temu obiecałam sobie, że teraz będę oszczędna. do tak obiecującego wniosku doszłam po lekturze gazety z ogłoszeniami "sprzedam mieszkanie", gdzie w drodze szybkiej kalkulacji ustaliłam, że na średniej wielkości gniazdko musiałabym odkładać cała hipotetyczną pensję 1500zł przez bagatela 9 i pół roku. cud miód, jednym słowem. wytrwłałam w swym postanowieniu aż miesiąc. ostanio bowiem spłynęło na mnie niewielkie morze gotówki, które czym prędzej postanowiłam umieścić na rachunku bankowym (przewidując, że w przeciwnym razie to morze szybko sie upłynni). niestety. mój zgłodniały instynk zakupowicza uprzedził to racjonalne posunięcie i część gotówki już znalazła innych właścicieli... przykładowo: nie dalej jak wczoraj dałam zarobić pani, prowadzącej gustowny sklep z torebkami, gdzie zanabyłam przecudnie niepraktyczną galanterię damską w głębokim śliwkowym kolorze. torebka jest piękna, a fiolet w modzie, lecz: nie posiadam w swojej garderobie ani połowy fioletowego łacha! (kiedyś uznałam ten kolor za nietwarzowy:) zakup ten jednak sprawił mi ogromną radość i ilekroć spozieram na swą zdobycz, robię to z rozczuleniem;) a teraz z goła inny wątek: również wczoraj (a był to dzień pełen wrażeń) od samego rana oczekiwałam przyjścia niemiłego, comiesięcznego gościa. wizyta bynajmniej nie upragniona, ale oczekiwana. i cóż...dzień minął, a gościa ani śladu! po raz pierwszy wpadłam w mała panikę o godz 14:00. następne kontrole o godz. 16:00, 17:00 i 20:00 również nie przyniosły spodziewanych rezultatów, więc popłoch ulegał gradacji. pod koniec dnia byłam nawet trochę oswojona z myślą, że w lipcu przyszłego roku powiję niemowlę. dziś z rana sprawa się wyjaśniła per facta concludentia, niepowtarzalny ból brzucha nawiedził moje trzewia. a oto przemyślenie: w zasadzie, a skonstatowałam to z niemałym zdziwieniem, oswoiłam się z myślą o szybkim macierzyństwie. pomyślałam sobie, że gdybym rzeczywiście była w ciązy, przyjęłabym to jako swego rodzaju dar i potraktowała jako przeznaczenie. oczywiście, życie moje i Paskudnika wywróciłoby się do góry nogami, ale chyba jakoś poradzilibyśmy sobie. dziś rano nawet poczułam cień rozczarowania, gdy okazało się, że w moim życiu nie zajdzie jednak żadna rewolucyjna zmiana. to może znaczyć tylko jedno: kobieta czuje, kiedy spotyka na swej drodze mężczyznę, z którym może mieć dzieci. nie ma to, jak wzniosły ton na zakończenie! czyli (jak zwykle) wszystko zostaje po staremu, dalej cieszymy się studenckim żywotem!:))) skomentuj (1) 2006-10-06 20:04:55 40 lat minęło...(prawie) no tak, nie było mnie tu hohoho!!! nie za bardzo umiem streścić, co takiego wydarzyło się przez ten czas. działo się sporo. suma sumarum nie zmieniło się nic;) tak więc dalej studiuję, z mozołoem zdobywam wiedzę, bogatsza jestem o doświadczenia z prawem karnym, cywilnym.. o ile to w ogóle bogaci, tak między nami mówiąc. aczkolwiek moja ścieżka naukowa przebiega bardziej dramatycznie, niż się z pozoru wydaje. przeżyłam niedawno moment całkowitego zwątpienia w sens studiów, które podjęłam 2 lata temu. nie polecam nikomu tego uczucia, jest całkowicie kijowe. nie powiem, żebym zmarnowała ten czas, choć z drugiej strony nie czuję się jakoś specjalnie zrealizowana. nie za bardzo mam ochotę znowu o tym myśleć. fakt jest taki, że podjęłam walkę. jeszcze się nie poddałam. choć nie dalej jak dziś usłyszalam od mojego "mentora" (niewiele starszy ode mnie aplikant radcowski, mój opiekun w krainie pozwów), że jestem idealistką i że życie zweryfikuje moje do niego (życia)podejście. cóż, magda m to rzeczywiście ułuda zawodu prawniczego, choć mam nadzieje, że w pewnym sensie postawa altru-, nie ego-isty jest możliwa do wiarygodnego reprezentowania. dobra, dość na temat ius. drugim wątkiem przewodnim w mym jakże młodym jeszcze życiu (tym razem mam już skończone 21 lat), jest burzliwy - ostatnio - związek z pewnym, niezmiennie tym samym, osobnikiem płci męskiej. związek trwa i ma się dobrze, choć pojawiły się pierwsze konflikty. teraz nie mogę uwierzyć, że rok wytrzymaliśmy bez jednej sprzeczki! tak więc, jak już co domyślniejsi wiedzą, sprzeczki się pojawiły, przebieg ich był momentami dramatyczny, łącznie z moim dojmującym lamentem. generalnie - wszystko wskazuje na to, że paskudny związek wkracza w fazę "lata". na marginesie: w całkiej mądrej książce "mężczyźni są z marsa, kobiety są z wenus" przeczytalam ostatnio, że relacje między obiema płciami można przyrównać do przebiegu pór roku. obecnie jestem więc na etapie przerabiania "lata", czyli ciężkiej orki w pocie czoła (wyobrażam sobie natychmiast rolników w polu w piekącym słońcu), co ma obrazować wzajemne poznawanie wad partnera, który jak się okazuje, nie jest wcale bez skazy! uspakaja mnie od razu myśl o związkowej "jesieni", gdzie ponoć będziemy zbierać owoce naszej ciężkiej pracy. oby. nie będę się już rozpisywać o wakacjach, chrzcie i dwóch ślubach, na których byłam. ani o tym, że dentysta został wreszcie dentystą:) idę uprawiać moją orkę na ugorze mam nadzieję - do zobaczenia wcześniej niż za kolejne "40lat"! skomentuj (1) 2006-03-26 19:10:15 cztery wesela i poród w poprzedniej notce padły trzy słowa o dzieciach przed trzydziestką. to nie przypadek. ostatnio zaczęłam trochę inaczej patrzeć na siebie, na przyszłość. wzięło się to tak z powietrza, pewnego razu w listopadzie na imieninach koleżanki. jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość: "a wiecie, że Barnaba się żeni?" "yyyy, to na pewno żarty, niemożliwe" - zdawały się mówić wszystkie skonsternowane twarze wokół. "jak to, on ma przecież 20 lat! tak jak my..." a jednak to była prawda. w grudniu po południu nasz kolega z roku wziął ślub. temat znikł równie szybko, jak się pojawił. ale ale. parę miesięcy później spotkałam na wykładzie znajomą z grupy, której dawno nie widziałam - odkąd zlikwidowali grupy, więzy grupowe się przerwały. rozmawiałam z nią, a moje oczy robiły się jak spodki. raz po raz spoglądałam na jej zaokrąglone kształy i... tak, nieomylnie była w ciąży. i, o dziwo, nie spojrzałam na nią ze współczuciem. coś mi mówiło, że ona wcale nie jest nieszczęśliwa, i że mimo iż pewnie nie planowała tego dziecka, to nie oznacza ono dla niej katastrofy. wręcz przeciwnie - zdawała się być zadowolona, spełniona. skąd inąd wiem, że od lat związana jest z pewnym chłopakiem, którego poznała jeszcze w liceum, mieszkają razem od początku studiów. niedługo potem zobaczyłam jej opis na gadu-gadu, w którym pisała coś o narzeczonym. czyli że ona też... jakby tego było mało, parę tygodni temu widziałam się z paczką koleżanek z liceum. jedna z nich miała nam coś ważnego do powiedzenia, uprzedziła nas o tym fakcie wcześniej. gubiłyśmy się w domysłach. a w zasadzie nie, obstawiałyśmy 2 opcje: albo jest w ciąży, albo wychodzi za mąż. 1 września jedziemy na ślub. mam 21 lat (nieskończone). chyba jestem dorosła. już nie dziwi mnie, że ktoś obok mnie, ktoś w moim wieku decyduje się na poważne życie. nie na zabawę i beztroskę, ale buduje zobowiązania na przyszłość. sama z jednej strony też zaczynam o tym myśleć, jakby to było, gdybym wyszła za mąż, urodziła dziecko i była już taka naprawdę dorosła. z drugiej jednak strony wiem, że Paweł nie jest jeszcze gotowy i nie wiem kiedy będzie na zakładanie rodziny. zresztą nawet jeśliby wyszedł z taką inicjatywą, nie wiem, jakbym mu odpowiedziała. niby widzę go w moich wyobrażeniach o przyszłości, nawet bardzo wyraźnie, ale chyba też nie jestem jeszcze gotowa. poza tym nie chciałabym decydować się na wspólne życie nie mając własnych środków na utrzymanie. jakoś nie trafia do mnie model nowożeńców opłacanych przez rodziców. albo jestem dorosła i konsekwentnie odpowiadam za siebie, albo nie. hm dużo myśli biega mi ostatnio po głowie. studia, przyszłość. jednak nic z tych moich rozważań nie wynika konstruktywnego: ze studiów nie zrezygnuję (może co najwyżej ok czwartego roku spróbuję swych sił na polonistyce, czy coś), stanu cywilnego też nie zmienię, matkuję wciąż tylko mojemu kotu. czyli wszystko po staremu? skomentuj (0) 2006-03-26 18:38:48 refleksja mówiąc krótko - studia się zaczęły. tzn prawdziwa nauka się zaczęła. przez ostatni miesiąc harowałam niczym wół na roli, a raczej na ugorze (bo prawo administracyjne to dla mnie całkowicie jałowy grunt). z pracy wołu na ugorze raczej nie ma zysków, plony żadne. może ze mną jest tak samo? zdałam ten egz. nawet bez większych problemów: materiał nie był przesadnie trudny, tylko obwity i delikatnie mówiąc mało inspirujący (po prostu nudny do granic wytrzymałości). przemęczyłam się, nauczyłam na pamięć kompetencji wójta i paru takich innych jemu podobnych, i dostałam wymarzony wpis w indeksie. wymarzony w tym sensie, że każdego dnia modliłam się, aby męki jak najszybciej się skończyły. wolny weekend, chwila dla siebie, czas dla Pawła, spojrzenie w okno - deficyt tych drobnych przyjemności doskwierał mi bardzo. zadawałam sobie pytanie: w imię czego tak się zamęczam? chociaż nie, wróć. zamęczać to i nawet się czasem lubię, jeśli przyświeca temu jakiś cel, nie tylko chęć odhaczenia na liście egzaminów. po zdrowym wysiłku odpoczynek smakuje najlepiej. ale teraz... jakoś tak zaczęłam wątpić, czy to aby na pewno jest moje miejsce na ziemi? czy rzeczywiście da mi to satysfakcję w przyszłości? wiem, że w dobie XXI wieku, gdy każdy walczy o pracę i o przetrwanie, samospełnienie jest najmniej ważne - tak ogólnie. czy ktoś myśli jeszcze o powołaniu? czy są tacy, którzy ośmielają się bezczelnie pracować dla przyjemności? nawet jeśli są, to na ogół ledwo wiążą koniec z końcem. no dobrze. dość tej wzniosłej gadki. załóżmy przez chwilę, że dochodzę do wnisku, iż źle wybrałam studia. w takich sytuacjach rezygnuje się z jednego kierunku, żeby zacząć drugi, który choćby w założeniu ma być bardziej satysfakcjonujący. wszystko się zgadza, ALE: 1) byłabym "cofnięta" o 2 lata - a to jest dla mnie bardzo konkretny argument, bo (śmiejcie się, śmiejcie) chcę urodzić dzieci przed trzydziestką i mieć dla nich czas, i je wychowywać, a nie pędzić na uczelnię z głodem wiedzy. nie wyobrażam sobie zakończenia edukacji na poziomie średnim, jestem ambitna 2) niestsety nie wiem NA CO miałabym zmienić kierunek studiów? tak właśnie, nie wiem, co konkretnie chciałabym robić w życiu (bo coś na pewno, nie jestem typem kury domowej zmieszanej z matką polką, wbrew temu co wyżej) czyli co, marazm? chociaż moje założenie o chęci zmiany studiów jest czysto teoretyczne, bo mam jeszcze nadzieję, że to taki chwilowy kryzys i że nie mogło mi się tylko wydawać przez poprzedni rok, że jestem zadowolona ze studiów. bo tak naprawdę, to najbardziej nie przeraża mnie to, czego jeszcze będę musiała nauczyć się beznamiętnie na pamięć. najbradziej przerażają mnie ludzie, z którymi studiuję. ci wszyscy elegancko ubrani, poważni studenci prawa, którzy z pokerową miną w jednej chwili wbiliby przyjacielowi nóż w plecy. to mnie autentycznie przerasta i nie potrafię wyobrazić sobie siebie wśród tych ludożerców. co ja mogę? uczyć się tylko i podrasowywać prawniczy instynkt logicznego myślenia, i błyskotliwość, aby w sytuacji zagrożenia życia z twarzą wyjść z opresji, ocalenie zawdzęczając tym właśnie cnotom, a nie płatnej protekcji. naiwne to moje myślenie, świata nie zbawię, ale może chociaż siebie? skomentuj (0) 2006-02-06 18:39:46 zapiski stanu poważnego uff, nareszcie styczeń minął! ciężko było (tak sobie powtarzam, chociaż wiem, że od marca będzie jeszcze gorzej..) teraz zasłużona chwila relaksu:) odpoczynek zawsze lepiej smakuje po żmudnej pracy. do tej pory zdążyłam pójść na bal ( :D ), jutro wybieram się w odwiedziny do koleżanki, która sprowadziła się do nowego mieszkania, potem na niemiecki (niestety od niego nie mam ferii) i na deser impreza. w środę ciąg dalszy nadrabiania towarzyskich zaległości - spotkanie z ludźmi z liceum (a ściślej z dziewczynami, bo z resztą jakoś kontaktu nie utrzymuję) co do balu, to wyciągnęłam z niego jedną cenną naukę: nigdy nie umawiaj się do fryzjera na rano, jeśli impreza jest wieczorem! tym razem zrobiłam dokładnie odwrotnie, co oznacza, że dwa tuziny wsuwek atakowały moją głowę przez 20 godzin. fryzjer fryzjerem, fajnie jest czasem zrobić z włosami "coś", szczególnie jeśli wybiera się na bal, ale takie męki tantala to nie dla mnie.. kilo (a może litr?) lakieru na włosach, wyżej wspomniane wsuwki (niczym dzidy, piki itd;różne skojarzenia przychodziły mi do głowy w czasie tych 20 godzin). wbrew pozorom na codzień nie stosuję tak wyszukanych metod dyskretnej elegancji.. z tego, co napisałam powyżej można by wywnioskować, że prowadzę wyjątkowo bujne i ciekawe życie towarzyskie. ostatnio naszła mnie wręcz odwrotna refleksja. jeśliby zestawić zimowy semestr I roku z zimowym semestrem II roku, to ten drugi wypada znacznie gorzej, wręcz w ogóle nie wypada! na ostatniej imprezie (nie licząc sylwestra) razem z ludźmi z roku byłam w andrzejki! potem była jeszcze wigilia we wspólnym gronie, ale tamto spotkanie miało zupełnie inny chatakter. od pół roku dzielę czas między paskudnikowych znajomych a swoich. sylwestra spędziłam z Pawłem i jego grupą, co zostało odebrane przez prawnicze towarzystwo jako zdrada. nie spodziewałam się,że tak ciężko jest pogodzić 2 światy. ale to jest dopiero jedna strona medalu. jeśli bowiem mam już wolny czas, wolę spędzić go z Paskudnikiem albo w domu, albo z Paskudnikiem w domu. po prostu męcząca wydaje mi się perspektywa imprezowego trybu życia, jaki prowadziłam jeszcze przed rokiem. może ma to związek z moim wrodzonym lenistwem? a może z -20stopniowym mrozem na zewnątrz? a może po prostu się starzeję?! ale przecież nie skończyłam nawet 21lat!! ja chyba jestem chora... martwi mnie ten stan.boję się, że w ten sposób stracę znajomych, że jestem na najlepszej drodze do tego. ta wszechogarniająca niemoc jest okropna. przecież nie można wszystkiego zwalać na zimową depresję z powodu braku słońca (na którą chronicznie cierpię od listopada do pierwszych oznak wiosny) teraz jeszcze mi to przeszkadza, ten brak regularnych spotkań ze znajomymi ze studiów. ale co jeśli któregoś dnia przestanie mi to sprawiać różnicę? to chyba przez takie osoby jak ja rozpadają się paczki. można powiedzieć : "ledwo poznała Pawła, odwróciła się od nas. póki czuła się samotna, spotykała się z nami, potrzebowała nas. a teraz?" no właśnie: a teraz? skomentuj (0) 2006-01-22 14:02:33 moje marzenie pokonać głaz pokochać go ożywić w Niej pokonać strach przed niezwykłym tym poznaniem poświęceniem i oddaniem poskromić wiatr dogonić go i złapać tak tłumaczyć świat na sobie tylko znane z kamienia na aksamit ja przed Tobą otwieram wszystkie części nieba odkrywam słońce możesz więcej się nie bać,ja na wszystko przyrzekam będę zawsze przy Tobie roztopić lód rozkruszyć go pokonać strach i rozgrzać ją skuloną w jego wnętrzu by czuła się bezpieczna ja przed Tobą otwieram wszystkie częsci nieba odkrywam słońce możesz więcej się nie bać, ja na wszystko przyrzekam będę zawsze przy Tobie De Mono "Kamień i Aksamit" ale tak to już jest na tym świecie, że kobiety chcą to usłyszeć i być zapewniane, a mężczyźni, nawet jeśli tak czują, wolą okazać to w inny sposób, bez wypowiadania słów... szkoda skomentuj (0) 2006-01-11 15:26:15 2005 to był najleszy rok w moim życiu! :) zakładałam ostatnio nowy kalendarz i przy okazji przyjżałam się uważniej staremu. w ogóle powyjmowałam z szafy wszystkie stare zapiski (całkiem sporo tego wyszło) okazało się, że uprawiam ten proceder już od 8lat..poczułam się niesamowicie staro. oczywiście z miejsca dementuję plotkę, jakobym była stara, broń Boże, trzymam się nieźle. po prostu - wcześnie zaczęłam:) tak więc (nie zaczyna się zdania od "tak więc") dokonując analizy porównawczej minionych lat mojego życia, doszłam do wniosku, że jego 20 rok zaliczyć należy do całkiem udanych. mało tego, stwiedziłam wręcz, że był to najlepszy mój dotychczasowy rok. tak właśnie: 2005 to najlepszy rok w moim życiu! składa się na to parę przyczyn: A wątek naukowy 1) okazało się, że studia, które wybierałam bez większego przekonania, są całkiem fascynujące (no, może trochę przesadzam) tak czy siak, jestem z nich zadowolona i wbrew obawom nie okazały się być pasmem nudnej udręki 2) po żmudnym procesie przygotowań do egzaminu na studia (patrz: govinda, rok 2004) i jego pomyślnym zdaniu, wciąż nie byłam pewna, czy dam sobie radę. okazało się, że jednak daję sobie radę i to z całkiem niezłym skutkiem. B wątek towarzyski 1) ludzie na prawie są różni. na szczęście ja znam w większości tych fajnych:)) 2) rozliczne znajomości, zawarte na początku pierwszego roku, zaczęły procentować i trwają do dziś. pięknym akcentem, wieńczącym zmagania sesji letniej, był wspólny wyjazd na mazury, który okazał się rewelacją 3) mam wielu naprawdę wspaniałych znajomych i przyjaciół, co zawsze było dla mnie bardzo ważne C wątek uczuciowy 1) na początku było fatalnie - bez sensu trwałam w urojonym przez siebie układzie. jednakże zdawałam sobie sprawę, że wyjść z niego mogę tylko przy pomocy metody klina klinem 2) nadszedł czas na klin dla klina i od tamtego momentu zaczęło być już tylko lepiej. poznałam Pawła vel Paskudnika i mój świat zmienił się o 180 stopni 3) od tamtego momentu minęło pół roku, paskudnikowy etap trwa 4 miesiące. 4) po raz pierwszy w historii mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwa w miłości i niesamowicie mi z tym dobrze 5) życzę sobie, żeby tak było dalej:) w ten oto sposób dokonałam podsumowania minionego, epokowego dla mnie roku. teraz układanka ma wszystkie elementy i wyszedł z niej całkiem ładny obrazek:) życzę dużo szczęścia w Nowym Roku - wszystkim i sobie skomentuj (1) 2005-12-29 14:31:02 gdzieś głęboko pod twoimi i moimi powiekami... wbrew pozorom - żyję! i nawet mam się całkiem dobrze:) aktualnie pakuję manatki na wyjazd do karpacza. taki mały sylwestrowy wypad:) jadę z Paskudnikiem. oznacza to, że wciąż nieźle nam się powodzi i pewnie dlatego tak rzadko zaglądam na łamy govindy. oczywiście zdarzają się wzloty i upadki, kłótnie z reguły (nie wiedzieć czemu) wszczynam ja. zupełnie tego nie rozumiem.. generalnie jednak sytuacja się rozwija. miałam w planach tyle pięknych notatek dla govindy, ale zawsze coś przeszkadzało mi wejść do komputera i w rezultacie nie popełniłam zadnej z nich. no tak, winny się tłumaczy. miałam napisać o swoistym postrzeganiu zazdrości u mężczyzn, chociaż może bardziej u Paskudnika, bo jego zachowanie względem tego tematu nie było, jak mi się wydaje, typowe. jedna z naszych kłótni dotyczyła właśnie zazdrości, a raczej jej braku. no dobra, napiszę coś o tym:) tak w skrócie: ok połowy listopada odezwał się do mnie po 4 miesiącach milczenia facet, którego spotkałam na tej samej imprezie, co Pawła. nagle zapragnął się ze mną spotkać. kiedy powiedziałam mu, że nie jestem już stanu wolnego (w sensie jestem z Pawłem, którego WTEDY poznalam - pamiętasz?) trochę się skonsternował, ale nie stracił rezonu i nadal pragnął spotkania. kazałam mu zadzwonić kiedy indziej, bo teraz nie wiem jeszcze itd. chciałam po prostu porozmawiać z Paskudnikiem i wybadać, co on mianowicie na ten temat sądzi. a więc mianowicie on NIC nie sądzi! jeśli chcę, mogę się z nim spotkać, nie ma ku temu żadnych przeszkód. on (Paskudnik) nie będzie mnie ograniczał ani kontrolował, niech robię co chcę i spotykam się z kim chcę. jemu jest to zupełnie obojętne. jedyne, co mu pozostaje, to mieć do mnie zaufanie, a co się ma zdarzyć i tak się zdarzy. zupełnie nie tego się spodziewałam. żadnej zazdrości, żadnego zainteresowania. to co, jakbym nagle zapragnęła, tak bez powodu, zakończyć naszą znajomość, to on by to przyjął ze stoickim spokojem, bo przecież "co się ma zdarzyć i tak się zdarzy i on nie ma na to wpływu"?! i niech wydzwaniają do mnie faceci, którzy chcą mnie poderwać, mało tego, niech mnie podrywaja nawet na jego oczach, on na to nie zareaguje. mówi: nie chcę cię ograniczać. mówię: a może ja bym chciała, żebyś tak trochę mnie ograniczał? mi to tak głównie rozchodziło się o to, że Paskudnik swoim postępowaniem wzbudził we mnie wątpliwośc co do tego, czy mu na mnie zależy, czy jestem dla niego ważna. nie ma w zwyczaju informować mnie o takich faktach, więc skąd ja u licha mam wiedzieć? według niego ważniejsze są czyny i one mówią same za siebie. ja jednak wolałabym usłyszeć od czasu do czasu jakieś miło słowo, a nie się go tylko domyślać. generalnie była to rozmowa głuchego ze ślepym. każdy swoje, każdy ma trochę racji. on jest nieco purystą w wyrażaniu wszelkiego rodzaju deklaracji, ja NIECO przesadzam;) dogadaliśmy się w końcu i topór wojenny został zakopany. potem było jeszcze parę innych sprzeczek, ale one tylko przydają charakteru naszemu związkowi:) tak naprawdę, to Paskudnik jest kochany i bardzo mu na mnie zależy. teraz to wiem. casem nawet za mną tęskni;P to miała być krótka wzmianka o tym, co było. wyszła opasła opowieść i w związku z tym nie mam już czasu na pisanie o tym, co teraz. nie ręczę też, że w najbliższym miesiącu będę często tu zaglądać. studia mają swoje prawa, niestety, i kiedyś w końcu trzeba naszą studencką wiedzę zweryfikować. to będzie bardzo bolesne.. kończę zmagania 31.01 to zobaczenia w Nowym Roku!!! p.s.200lat dla govindy, 12.12 miała urodziny:) skomentuj (0) 2005-11-09 19:45:14 Sacke full of rozmaitości no i znowu jestem tu, powiedzmy, nielegalnie;) o nie, znowu używam sztywniackich zwrotów godnych prawnika! ostatnio zwrócono mi na to uwagę. zauważyła to osoba, z która widuję się na tyle rzadko, że wyłapuje tego rodzaju zmiany. tenże właśnie kolega po prostu pokładał się ze śmiechu, kiedy opowiadając mu pewną opowieść, użyłam następującego sformułowania: "...i wtedy do pokoju weszło parę młodych osób". nie wiem, co w tym niestosownego, on natomiast uznał to za wielce zabawne i powiedział: "agata, na Boga, czy ty wiesz, co przed chwilą powiedziałaś, hahahahahaha?" powiedzmy, że może jestem trochę zbyt dokładna i precyzyjna w swoich wypowiedziach, ale nie rozumiem, co w tym takiego śmiesznego.. (no dobra, rozumiem;) wracając do mojego nielegalnego czasowego pobytu tutaj (śmiejcie się dalej, na zdrowie;) jak zwykle wykorzystuję pretekst govindy, żeby oderwać się od jakiś pasjonujących zajęć o charakterze naukowym. straszny ze mnie leniwiec, można by nawet rzec FAULE SACKE (hihi, chodzę na kurs niemieckiego;P idzie mi na razie średnio, ale usprawiedliwia mnie półtoraroczna przerwa i umiarkowany zapał do nauki języka wroga. aczkolwiek, głupio przyznać, podoba mi się:) okazuje się, że nawet niemiecki może być fajny, jeśli jest odpowiednio "podany". pozdrawiam tym samym super Lektorin:))) tak naprawdę, to nie mogę się na niczym skupić z trochę innego powodu: jutro umówiłam się z Paskudnikiem - odtąd tak będę nazywać najważniejszego dla mnie mężczyznę. gwoli ścisłości, to pieszczotliwe określenie jest;) przydomek ten Paskudnik zyskał po naszej pierwszej i jak na razie jedynej kłótni. i jakoś tak zostało (chociaż zainteresowany chyba niespecjalnie lubi, jak go tak nazywać, więc umówmy się, że on o niczym nie wie;) ostatnio (czyt. od czasu kłótni) Paskudnik zachowuje się zupełnie nie jak na paskudnika przystało. wręcz przeciwnie, na samo jego wspomnienie robi mi się błogo. jest ostatnio zajęty bardzo, co chwila ma jakieś zaliczenia, egzaminy i inne cuda. trudno się mówi - rok dyplomowy:/ a maleństwo tęskni... chociaż maleństwo też powinno zabrać się do roboty, a nie bąki zbijać! no dobra, od jutra może to się zmieni (powiedziała bez przekonania;) tak więc do następnego nielegalnego pobytu! skomentuj (1) 2005-10-22 15:05:17 historia pewnej kapoty to ciekawe:) odkąd mam mniej czasu, częściej zaglądam na łamy govindy.. pewnie dlatego, że jest ona świetną wymówką, by się nie uczyć;P dziś parę impresji, obserwacji, poczynionych na dniach. obserwacja I: dlaczego mężczyźni nie prawią kobietom komplementów? tak więc dlatego, iż nie chcą abyśmy myślały, że ładnie wygladamy tylko od święta! w ich mniemaniu jednorazowo poczyniony komplement pt."ładnie wyglądasz" sugeruje mianowicie, że innego dnia wyglądałyśmy źle. coż za daleko posunięta nadinterpretacja... impresja I: nie po raz pierwszy dochodzimy do wniosku, że dobrymi chęciami jest piekło wybrukowane.. wczoraj miała miejsce następująca sytuacja: odwiedzam w domu mężczyznę, on chce zaprezentować swój nowy wizerunek "swobodnego w kontaktach domowych". co robi? przywdziewa swoją ulubioną (nie wiem, jak to nazwać) bluzę, sweter, kapotę (?) powala mnie tym dosłownie.. on, który w sklepie na widok swetra, dodajmy pięknego swetra, w norweski wzór prycha i kicha, i zarzeka się, że w życiu nie założyłby CZEGOŚ TAKIEGO, bo to to samo, co sweter w renifery z bridget jones. on, ktory swetry w serek uważa za synonim mody karków i absolutnie nie daje się przekonać, że nie ma nic wspanialszego niż połączenie tegoż swetra z koszulą. on właśnie zaprezentował mi się w tym zjawisku: rozpinanej bluzie niby z polaru, haftowanej tu i ówdzie w tyrolski wzór szarotki, przyozdobionej kutymi guzikami na kształt wspomnianego kwiatu.. KOSZMAR!!!! miałam nadzieję na miły, romantyczny wieczór, ale toto absolutnie zepsuło randkową aurę. nie mogłam oderwać wzroku od szkaradziejstwa i mężczyzna chyba zauważył moją konsternacją, więc zapytał: "przypatrujesz się mojej ulubionej bluzie?" nie zdążyłam nic powiedzieć, bo on ciągnął dalej: "wyjątkowa, prawda? opowiem ci, jak to było..."(i tu następuje zajmująca opowieść o losach kapoty, skąd inąd rzeczywiścoe niezwykłych) hm, a więc jednak nie tak zinterpretował wyraz zamyślenia, przyprawiony bólem na mojej twarzy. pytam go więc "dlaczego tak ją uwielbiasz? poza tym, oczywiście, że jest 'wyjątkowa'." usłyszałam : "ach, wiele wspomnień, uczyłem się w niej do wszystkich egzaminów itd" heh, dużo czasu zajęło mi namówienie go do zmiany odzienia. na szczęście udało się, romantyczny wieczór uratowany:) obserwacja II: rozmowa zeszła na temat motoryzacyjny (bynajmniej nie za moim udziałem). mężczyzna zaczyna rozpływać się na samą myśl o czerwonym ferrari. no dobra, ferrari jest może niezłe, ale żeby aż tak tracić głowę? zaznaczam tu, że przytaczany mężczyzna jest z natury dość opanowany. poza tym tego dnia miałam na sobie bardzo ładną, mówiąc nieskromnie, czerwoną bluzkę. jak więc on w takiej sytuacji mógł zachwycać się jakimś karmazynowym kawałkiem blachy? (wiem, że przesadzam troszkę, ale specjalnie go sprowokowałam, bo byłam ciekawa, jak z tego wybrnie;P) mówię mu więc, że jestem zazdrosna o to ferrari - tu się uśmiecham, coby nadać temu wyznaniu charakter żartobliwy. na co on z cała powagą odpowiada: "nie możesz być zazdrosna o samochód. tego nie da się porównać. zawsze będę marzył o czerwonym ferrari. to nie ma nic wspólnego z tobą" no tak, niby nie mamy wielu wspólnych cech, ja i ferrari, poza czerwonym kolorem szaty graficznej.. czyż ci mężczyźni nie są zabawni?;) skomentuj (2) 2005-10-19 15:27:34 the closer i get to you zastanawiam się właśnie, jak ubrać w słowa to, co chcę powiedzieć. może tak: cały czas nie mogę w to uwierzyć... albo: byłam dla niego niesprawiedliwa, przecież on... a może: co dzień uzmysławiam sobie, jak to dobrze, ze on jest, po prostu jest... ewentualnie: jeszcze trochę i będzie ze mnie czytać jak z otwartej książki... chyba że: kiedy jestem z nim wszystkie problemy samoistnie się degradują, a ja się uspokajam... chyba naprawdę mu na mnie zależy. słucha uważnie, co mam mu do powiedzienia. zawsze stara się zrozumieć. nie krytykuje, wypowiada swoje zdanie. liczy się z moim. chce dla mnie jak najlepiej. jest szczery, niczego na siłę nie upiększa. lubi sprawiać mi przyjemność i wie, co mnie ucieszy. martwi się o mnie. sprawia, że czuję się bezpieczna. doskonale sobie ze mną radzi. często ironizuje, wręcz naśmiewa się ze mnie. nie robi tego złośliwie, tylko np. żeby uzmysłowić mi błahość problemów, które nierzadko sama sobie stwarzam. niby się burzę, gdy jawnie stroi sobie ze mnie żarty, ale w gruncie rzeczy podoba mi się ten jego żartobliwy stosunek do mojej osoby. gdy trzeba jednak, jest poważny. jeśli widzi, że coś mnie gryzie, chce pomóc. nie boi się tego, że jestem istotą myślącą, która ma swoje zdanie i umie go bronić. nie wpada w popłoch na myśl, że studiuję prawo, wręcz interesuje go to, co robię i chyba trochę mu to imponuje (że znam się na takich poważnych rzeczach;) on zresztą też jest bardzo poważnym facetem, lada moment zostanie panem doktorem stomatologiem;) szanuje mnie uwielbia tęskni myśli twierdzi, że przy mnie odpoczywa i się uspokaja dzięki niemu po raz pierwszy wyleczyłam się z nieszczęśliwej miłości (nigdy wcześniej mi się to nie udało, poprzednie fatalne zauroczenia dogorywały śmiercią naturalną prędzej czy później, ze wskazaniem na później) jak to dobrze, że go poznałam. wypełnił bardzo ważną lukę w moim życiu, stał się moim constans. chyba się zakochałam skomentuj (0) 2005-10-15 16:27:06 and then you see things, the size of which you've never known before -śpisz? -nie. -a co robisz? -jestem szczęśliwa. tak po krotce możnaby strścić moją znajomość z Pawłem:) dużo się wydarzyło, niestety obecnie w/w powód i studia pochłaniają większość mojego czasu i nie za bardzo mam szansę na bieżąco aktualizować govindę. Paweł jest bardzo absorbujący, zajmuje moje myśli nawet wtedy, gdy nie ma go obok mnie. natomiast studia zabierają duzo czasu z kilku powodów. obecnie głównie dlatego, że jest wielki bajzel z planem, który samyi musimy sobie układać. niby fajnie, tylko dobrze by było wiedzieć, gdzie i jak zapisywać się na ćwiczenia. standardowym problemem jest rzecz jasna 100 osób chętnych na zajęcia przedpołudniowe i puste sale po południu. heh, niech to już się ustatkuje jakoś.. jeśli idzie o studia, to jeszcze niebagatelne znaczenie odgrywa fakt, że teraz naprawdę trzeba będzie zacząć się uczyć:/ zaczynają się poważne przedmioty, które wypadałoby "postudiować", a nie tylko pobieżnie zapoznać się z nimi w celu jak najszybszego ich zdania. łatwo nie będzie, ale teraz jakoś wydaje mi się, ze więcej mogę:) skomentuj (0) 2005-10-03 22:06:17 zaopiekuj... wokół mnie gorąco, bezpiecznie słońce topi serce bajecznie uwielbiam cały świat za dobre słowo ubóstwiam Ciebie tak kolorowo zaopiekuj się mną nawet, gdy powodów brak zaopiekuj się mną mocno tak i prawie kochasz mnie i jesteś obok już nienawidzę Cię tak kolorowo zaopiekuj się mną nawet, gdy nie będę chciał zaopiekuj się mną mocno tak Rezerwat "zaopiekuj się mną" skomentuj (0) 2005-09-14 21:14:53 Sindbad wrócił byliśmy na super filmie: rekonstrukcja szczególnie utkwiło mi w pamięci jedno zdanie: "jeśli Ty jesteś moim snem, to ja jestem Twoim" skomentuj (2) 2005-09-04 18:46:09 to chyba niemożliwe, ale... the way you love me is like a needle in my vein when you're not around me you know it just don't feel the same and i've waited a long time just to feel the way i do just give me a reason and i will be all over you 'cause you're my flavor of love you're my flavor i'm dreaming of you're my flavor of love you're my flavor i'm dreaming of the way you touch me somehow it takes away the pain and now i'm a junkie i'm running around with a brain i got this jones deep inside me and you are what i wanna do you give me this feeling you always make me feel brand new 'cause you're my flavor of love you're my flavor i'm dreaming of you're my flavor of love you're my flavor i'm dreaming of by lenny kravitz skomentuj (0) 2005-08-31 17:06:10 zazdroszczę Twoim oknom;) -jesteś agresywna? -agresywna? hm, no nie wiem.. niby nie, chociaż..;) a w jakim sensie? -no czy kiedy ktoś prbóbuje wtargnąć na twój teren, to czy atakujesz? -a jak myślisz? -nie wiem właśnie. ryzykować, nie ryzykować..? -ryzykować i zaryzykował:) skomentuj (0) 2005-08-11 16:49:37 something got me started:) nie wiem, jak to powiedzieć, ale zdarzył się cud... półtora tygodnia temu odebrałam telefon i stało się to, co tyle razy sobie wyobrażałam.. na razie jest dobrze, sytuacja się rozwija. zobaczymy, co z tego dalej wyniknie. boję się zapeszyć.. jestem szczęśliwa:) skomentuj (1) 2005-07-12 18:21:47 ...and i wonder to jak zły sen.. chcę się już obudzić!!! znów okazałam się naiwna jak gęś, niepotrzebnie narobiłam sobie nadziei,a teraz płaczę po kątach nad swoją ogólną beznadziejnością.. dlaczego... wszystkie wróżby niech się idą.....! chcę zniknąć skomentuj (1) |
księga gości 2011 sierpień 2010 sierpień 2007 wrzesień sierpień 2006 grudzień listopad październik marzec luty styczeń 2005 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec kwiecień marzec luty styczeń 2004 grudzień listopad październik wrzesień sierpień lipiec czerwiec maj kwiecień marzec luty styczeń 2003 grudzień my favourites mim :) alrisa jest tam, gdzie powinna ostatnie i przedostatnie, i przedprzedostatnie... motyle-goryle-beryle |
|||
|
|
||||