| govindablog - archiwum: cztery wesela i poród |
|
strona główna |
2006-03-26 19:10:15 cztery wesela i poródw poprzedniej notce padły trzy słowa o dzieciach przed trzydziestką. to nie przypadek. ostatnio zaczęłam trochę inaczej patrzeć na siebie, na przyszłość. wzięło się to tak z powietrza, pewnego razu w listopadzie na imieninach koleżanki. jak grom z jasnego nieba gruchnęła wiadomość: "a wiecie, że Barnaba się żeni?" "yyyy, to na pewno żarty, niemożliwe" - zdawały się mówić wszystkie skonsternowane twarze wokół. "jak to, on ma przecież 20 lat! tak jak my..." a jednak to była prawda. w grudniu po południu nasz kolega z roku wziął ślub. temat znikł równie szybko, jak się pojawił. ale ale. parę miesięcy później spotkałam na wykładzie znajomą z grupy, której dawno nie widziałam - odkąd zlikwidowali grupy, więzy grupowe się przerwały. rozmawiałam z nią, a moje oczy robiły się jak spodki. raz po raz spoglądałam na jej zaokrąglone kształy i... tak, nieomylnie była w ciąży. i, o dziwo, nie spojrzałam na nią ze współczuciem. coś mi mówiło, że ona wcale nie jest nieszczęśliwa, i że mimo iż pewnie nie planowała tego dziecka, to nie oznacza ono dla niej katastrofy. wręcz przeciwnie - zdawała się być zadowolona, spełniona. skąd inąd wiem, że od lat związana jest z pewnym chłopakiem, którego poznała jeszcze w liceum, mieszkają razem od początku studiów. niedługo potem zobaczyłam jej opis na gadu-gadu, w którym pisała coś o narzeczonym. czyli że ona też... jakby tego było mało, parę tygodni temu widziałam się z paczką koleżanek z liceum. jedna z nich miała nam coś ważnego do powiedzenia, uprzedziła nas o tym fakcie wcześniej. gubiłyśmy się w domysłach. a w zasadzie nie, obstawiałyśmy 2 opcje: albo jest w ciąży, albo wychodzi za mąż. 1 września jedziemy na ślub. mam 21 lat (nieskończone). chyba jestem dorosła. już nie dziwi mnie, że ktoś obok mnie, ktoś w moim wieku decyduje się na poważne życie. nie na zabawę i beztroskę, ale buduje zobowiązania na przyszłość. sama z jednej strony też zaczynam o tym myśleć, jakby to było, gdybym wyszła za mąż, urodziła dziecko i była już taka naprawdę dorosła. z drugiej jednak strony wiem, że Paweł nie jest jeszcze gotowy i nie wiem kiedy będzie na zakładanie rodziny. zresztą nawet jeśliby wyszedł z taką inicjatywą, nie wiem, jakbym mu odpowiedziała. niby widzę go w moich wyobrażeniach o przyszłości, nawet bardzo wyraźnie, ale chyba też nie jestem jeszcze gotowa. poza tym nie chciałabym decydować się na wspólne życie nie mając własnych środków na utrzymanie. jakoś nie trafia do mnie model nowożeńców opłacanych przez rodziców. albo jestem dorosła i konsekwentnie odpowiadam za siebie, albo nie. hm dużo myśli biega mi ostatnio po głowie. studia, przyszłość. jednak nic z tych moich rozważań nie wynika konstruktywnego: ze studiów nie zrezygnuję (może co najwyżej ok czwartego roku spróbuję swych sił na polonistyce, czy coś), stanu cywilnego też nie zmienię, matkuję wciąż tylko mojemu kotu. czyli wszystko po staremu? skomentuj (0) |