| govindablog - archiwum: fioletowo |
|
strona główna |
2006-11-10 13:36:14 fioletowocóż... JESIEŃ na razie nie jest jeszcze taka zła, nawet słoneczko przygrzewa... dobry humor na razie mnie nie opuszcza, to chyba zasługa tańców:))) tak, zaczęły się wreszcie po letniej przerwie. rozpoczęłam też w ramach novum kurs jogi. bardzo mi się podoba, choć pierwsze zajęcia uświadomoły mi tylko jak niedoskonała jestem w tej dziedzinie. najlepiej skwitował to nasz nadworny tańczący jogin - daniel - który, przechadzając się między wygiętymi ciałami, przystanął obok mojego i rzekł zaskoczonym głosem: "nawet wyszło!" ucieszyła mnie niezmiernie i ubawiła ta niecodzienna pochwała:) doszłam do wniosku, że powinnam zostać ubezwłasnowolniona, przynajmniej częściowo. jeszcze nie tak dawno temu obiecałam sobie, że teraz będę oszczędna. do tak obiecującego wniosku doszłam po lekturze gazety z ogłoszeniami "sprzedam mieszkanie", gdzie w drodze szybkiej kalkulacji ustaliłam, że na średniej wielkości gniazdko musiałabym odkładać cała hipotetyczną pensję 1500zł przez bagatela 9 i pół roku. cud miód, jednym słowem. wytrwłałam w swym postanowieniu aż miesiąc. ostanio bowiem spłynęło na mnie niewielkie morze gotówki, które czym prędzej postanowiłam umieścić na rachunku bankowym (przewidując, że w przeciwnym razie to morze szybko sie upłynni). niestety. mój zgłodniały instynk zakupowicza uprzedził to racjonalne posunięcie i część gotówki już znalazła innych właścicieli... przykładowo: nie dalej jak wczoraj dałam zarobić pani, prowadzącej gustowny sklep z torebkami, gdzie zanabyłam przecudnie niepraktyczną galanterię damską w głębokim śliwkowym kolorze. torebka jest piękna, a fiolet w modzie, lecz: nie posiadam w swojej garderobie ani połowy fioletowego łacha! (kiedyś uznałam ten kolor za nietwarzowy:) zakup ten jednak sprawił mi ogromną radość i ilekroć spozieram na swą zdobycz, robię to z rozczuleniem;) a teraz z goła inny wątek: również wczoraj (a był to dzień pełen wrażeń) od samego rana oczekiwałam przyjścia niemiłego, comiesięcznego gościa. wizyta bynajmniej nie upragniona, ale oczekiwana. i cóż...dzień minął, a gościa ani śladu! po raz pierwszy wpadłam w mała panikę o godz 14:00. następne kontrole o godz. 16:00, 17:00 i 20:00 również nie przyniosły spodziewanych rezultatów, więc popłoch ulegał gradacji. pod koniec dnia byłam nawet trochę oswojona z myślą, że w lipcu przyszłego roku powiję niemowlę. dziś z rana sprawa się wyjaśniła per facta concludentia, niepowtarzalny ból brzucha nawiedził moje trzewia. a oto przemyślenie: w zasadzie, a skonstatowałam to z niemałym zdziwieniem, oswoiłam się z myślą o szybkim macierzyństwie. pomyślałam sobie, że gdybym rzeczywiście była w ciązy, przyjęłabym to jako swego rodzaju dar i potraktowała jako przeznaczenie. oczywiście, życie moje i Paskudnika wywróciłoby się do góry nogami, ale chyba jakoś poradzilibyśmy sobie. dziś rano nawet poczułam cień rozczarowania, gdy okazało się, że w moim życiu nie zajdzie jednak żadna rewolucyjna zmiana. to może znaczyć tylko jedno: kobieta czuje, kiedy spotyka na swej drodze mężczyznę, z którym może mieć dzieci. nie ma to, jak wzniosły ton na zakończenie! czyli (jak zwykle) wszystko zostaje po staremu, dalej cieszymy się studenckim żywotem!:))) skomentuj (1) |