strona główna




2006-03-26 18:38:48

refleksja



mówiąc krótko - studia się zaczęły.
tzn prawdziwa nauka się zaczęła. przez ostatni miesiąc harowałam niczym wół na roli, a raczej na ugorze (bo prawo administracyjne to dla mnie całkowicie jałowy grunt).
z pracy wołu na ugorze raczej nie ma zysków, plony żadne. może ze mną jest tak samo?

zdałam ten egz. nawet bez większych problemów: materiał nie był przesadnie trudny, tylko obwity i delikatnie mówiąc mało inspirujący (po prostu nudny do granic wytrzymałości). przemęczyłam się, nauczyłam na pamięć kompetencji wójta i paru takich innych jemu podobnych, i dostałam wymarzony wpis w indeksie. wymarzony w tym sensie, że każdego dnia modliłam się, aby męki jak najszybciej się skończyły.
wolny weekend, chwila dla siebie, czas dla Pawła, spojrzenie w okno - deficyt tych drobnych przyjemności doskwierał mi bardzo.

zadawałam sobie pytanie: w imię czego tak się zamęczam? chociaż nie, wróć. zamęczać to i nawet się czasem lubię, jeśli przyświeca temu jakiś cel, nie tylko chęć odhaczenia na liście egzaminów. po zdrowym wysiłku odpoczynek smakuje najlepiej. ale teraz...
jakoś tak zaczęłam wątpić, czy to aby na pewno jest moje miejsce na ziemi? czy rzeczywiście da mi to satysfakcję w przyszłości? wiem, że w dobie XXI wieku, gdy każdy walczy o pracę i o przetrwanie, samospełnienie jest najmniej ważne - tak ogólnie. czy ktoś myśli jeszcze o powołaniu? czy są tacy, którzy ośmielają się bezczelnie pracować dla przyjemności? nawet jeśli są, to na ogół ledwo wiążą koniec z końcem.

no dobrze. dość tej wzniosłej gadki. załóżmy przez chwilę, że dochodzę do wnisku, iż źle wybrałam studia. w takich sytuacjach rezygnuje się z jednego kierunku, żeby zacząć drugi, który choćby w założeniu ma być bardziej satysfakcjonujący. wszystko się zgadza, ALE:
1) byłabym "cofnięta" o 2 lata - a to jest dla mnie bardzo konkretny argument, bo (śmiejcie się, śmiejcie) chcę urodzić dzieci przed trzydziestką i mieć dla nich czas, i je wychowywać, a nie pędzić na uczelnię z głodem wiedzy. nie wyobrażam sobie zakończenia edukacji na poziomie średnim, jestem ambitna
2) niestsety nie wiem NA CO miałabym zmienić kierunek studiów? tak właśnie, nie wiem, co konkretnie chciałabym robić w życiu (bo coś na pewno, nie jestem typem kury domowej zmieszanej z matką polką, wbrew temu co wyżej)

czyli co, marazm? chociaż moje założenie o chęci zmiany studiów jest czysto teoretyczne, bo mam jeszcze nadzieję, że to taki chwilowy kryzys i że nie mogło mi się tylko wydawać przez poprzedni rok, że jestem zadowolona ze studiów.
bo tak naprawdę, to najbardziej nie przeraża mnie to, czego jeszcze będę musiała nauczyć się beznamiętnie na pamięć. najbradziej przerażają mnie ludzie, z którymi studiuję. ci wszyscy elegancko ubrani, poważni studenci prawa, którzy z pokerową miną w jednej chwili wbiliby przyjacielowi nóż w plecy. to mnie autentycznie przerasta i nie potrafię wyobrazić sobie siebie wśród tych ludożerców. co ja mogę? uczyć się tylko i podrasowywać prawniczy instynkt logicznego myślenia, i błyskotliwość, aby w sytuacji zagrożenia życia z twarzą wyjść z opresji, ocalenie zawdzęczając tym właśnie cnotom, a nie płatnej protekcji.
naiwne to moje myślenie, świata nie zbawię, ale może chociaż siebie?




skomentuj (0)